Sasha Abramovich
Kto urodzony w lutym: powstań, powstań, powstań, czyli 25 luty 1995 || Sankt Petersburg || 8 lat w Hameryce || klasa IV || średni brat || profil sportowy || piłka nożna i koszykówka jako zajęcia sportowe || kapitan drużyny piłkarskiej || knock knock knocking on heavens door czyli pokój 34 || biseksik pełną gębą
Chrześniak Romana Abramovicha. Tak, tego Romana- rosyjskiego oligarchy, który wykupił londyńską Chelsea. Zmartwienie rodziców, którzy to chcieli dla syna jak najlepiej, ale on i tak zrobił swoje. Razem ze staruszkami doszedł do ugody: oni wybiorą mu szkołę, a on profil. Chyba z calej rodziny tylko on, młodszy brat Misha i wujek byli zadowoleni. Starszy- Oleg nic nie powiedział. No, ale on miał to zupełnie gdzieś.
Z reguły Sasha to miły chłopak, może nieco pyskaty, ale nie ma złych intencji wobec innych. Po kilku nieudanych związkach, zapytany o to, czy jeszcze kiedyś będzie miał odpowiada żartobliwie, że ożeni się z piłką. Lubi się wygłupiać. Uwielbia dobrą zabawę i imprezy.
Czupryna o kolorze blond to jego znak rozpoznawczy. Codziennie męczy się przed lustrem, aby to jakoś wyglądało. Na jego ciele widoczne są tatuaże. Na razie ma tylko trzy, ale na tym nie poprzestanie. Dwa razy w tygodniu można spotkać go na siłowni, a dzięki temu i w miarę prawidłowej diecie jest umięśniony. Mierzy metr osiemdziesiąt i waży 67 kilogramów. Często ubiera się w koszulki piłkarskie i jeansy.


[cześć!
OdpowiedzUsuńwszędzie cię rozpoznam :D]
Jack
[no spoko, jak wymyślisz coś ciekawego, bo ja na razie nie mam nic... ech]
OdpowiedzUsuńJack
[dodatkowy trening, żeby Jack się na nim wyżył? x3 cudnie! zaczniesz?]
OdpowiedzUsuńJack
Jack zawsze uważał, że jego chłopcy to może nie do końca rozsądni i dojrzali ludzie, ale że dla kosza zrobią wszystko. Tylko takich trzymał tutaj, w drużynie. Czyżby się pomylił? Na początku ignorował zachowanie tych dwóch, mając nadzieję, że się ogarną i będzie spokój. Niestety, wkrótce potem zaczęli okładać się pięściami, jak dzieci. Mieli w sobie za dużo testosteronu.
OdpowiedzUsuńJack owszem, gwizdnął w swój gwizdek. Nie poskutkowało. Dobra. Nie zamierzał się jednak w to wplątywać. Niech się zmęczą. A potem pogadają.
- Trenerze? - zapytał jeden ze starszych uczniów.
- Chwila - odpowiedział jedynie.
I rzeczywiście, po dłuższej chwili Frost znowu dmuchnął w gwizdek, a potem przedarł się przez tłum i podszedł do nich. Odepchnął jednego od drugiego.
- Spokój! - warknął. - Dodatkowy trening - usłyszał jęki dezaprobaty - dla tych panów. - Abramovich, ty dzisiaj dwie godziny. Ty, jutro po lekcjach. A teraz wracamy do gry. Piłka czerwonych. No ruchy! Nie mamy całego dnia, a kolega jeszcze będzie musiał zostawać.
Jack
[Witam, cześć i dzień dobry!
OdpowiedzUsuńCieszymy się oczywiście z kolejnego autora i życzymy duużo weny i wątków, a także zapraszamy pod kartę panny Campbell ;)]
Anaya
Jack spojrzał na niego jak na idiotę. Naprawdę? Targować się z trenerem Frostem? Odważnie.
OdpowiedzUsuń- Właśnie zarobiłeś godzinę więcej, Abramovich. Dalej chcesz się targować? - spojrzał mu w oczy lodowato. Nope, z nim się nie zadzierało. Głównie dlatego, że prawdopodobnie był jedynym nauczycielem, na którego pieniążki rodziców nie działają. Może i pieniądze się go nie trzymały, ale nie, nie pozwoli sobie wchodzić na łeb takim dzieciakom. I nieważne, kim byli ich rodzice. Jakąś tam godność trzeba mieć.
- Wracaj do gry - polecił mu, wymijając go.
Jack
Dlaczego? Dlaczego wybrał jakieś liceum dla bogatych dzieciaków zamiast jakiś porządny college, gdzie ludzie są dojrzalsi i potrafią odłożyć swoje urazy na bok? No dlaczego? Co go skusiło? Pokój? Kasa, która odchodzi szybciej, niż przypływa na jego konto?
OdpowiedzUsuńKurwa, pomyślał Frost. Potem wszystko działo się szybko; zawołał kilku uczniów, jedni mieli odciągnąć Matta, drudzy Sashę.
- Gratuluję, panowie. Pójdziemy sobie do dyrektora. Ale najpierw ty - wskazał na Matta - do pielęgniarki, migiem, bo potem będziesz musiał mieć implant zamiast zęba. Tylko go najpierw zabierz ze sobą. A ty - spojrzał na Sashę - pójdziesz ze mną. Na dzisiaj koniec treningu. Avery, zaprowadź kolegę do pielęgniarki.
Jak z dziećmi, które mają po kilka lat. Coraz gorzej.
- Grozi wam wywalenie z drużyny - poinformował go, kiedy szli korytarzem w stronę gabinetu dyrektora.
Jack
[Wątek, świetnie! :)
OdpowiedzUsuńProblem tylko w tym, że kompletnie nie mam na niego pomysłu... :( Może ty czymś rzucisz?]
Adalyn/Aidan
[uu, a mógłby być takim przewrażliwionym starszym bratem, co mu się krew w żyłach gotuje jak ktoś Anayi krzywdę robi i który stalkuje jej związki? Moja bohaterka również jest jedynaczką, więc takie towarzystwo na pewno byłoby dla niej miłym odstępstwem od normy. Zacznę coś, w międzyczasie możemy dogadać relację ;D]
OdpowiedzUsuńAn nigdy nie zastanawiała się, jakby to było, gdyby miała jakiekolwiek rodzeństwo. Z jednej strony fajnie by było mieć małą siostrzyczkę, której mogłaby zaplatać warkoczyki, którą uczyłaby jak zrobić makijaż i pokazała jej, gdzie wyrobić sobie fałszywy dowód.
Z drugiej strony jednak, na pewno byłoby ciężko, mieć rodzeństwo. Nie pod względem rodziców, bo ci i tak na dziewczynę uwagi nie zwracali, ale wiązałoby się to z kłótniami, kradzieżą rzeczy i co najważniejsze, byłaby wtedy na świecie jedna osoba, która znałaby prawdziwą Anayę. Nie, jednak pomysł z rodzeństwem jest absurdalny.
Początek roku szkolnego wiązał się z licznymi powrotami, łzawymi powitaniami ze starymi znajomymi i dyskretnymi uśmiechami w stronę nowych uczniów. A do tego z masą wylanego alkoholu, którego ich opiekunowie jakimś cudem nie zauważali.
Nie, żeby jakoś bardziej jej to przeszkadzało.
Szkoła zorganizowała nawet inauguracyjną imprezę na cześć rozpoczęcia nowego roku szkolnego i choć wiele osób znajdowało się w sali na ten cel przeznaczonej i cieszyło sie muzyką i tańcami, to tak naprawdę faktyczna część imprezy odbywała się właśnie w internacie, gdzie nikt nie czepiał się o picie, palenie i ćpanie. Ot, taki tam, zwyczajny dzień w liceum.
Idąc korytarzem w stronę swojego pokoju, miała jedynie zamiar wziąć z niego telefon komórkowy, który został porzucony na dnie plecaka. Nie, żeby obawiała się kradzieży, po prostu lubiła mieć go przy sobie.
W swoim pokoju zastała istny mix osobowości, których w większości oczywiście nie znała. Standard. Zazwyczaj kończyło się w ten sposób, że ludzie lądowali nie w tych sypialniach co trzeba. Przeszła przez zawalone ludzkimi ciałami pomieszczenie i wzięła swoją komórkę, mając zamiar już wyjść, gdy ktoś zaproponował jej jakiś narkotyk, którego nazwy wcześniej nawet nie słyszała.
- Wiesz co, chyba sobie odpuszczę. - mruknęła z rozbawieniem, widząc do jakiego stanu doprowadzili się współbiesiadnicy wyżej wspomnianego chłopaka, jednak gość był tak natrętny, że niemal zaczął siłą wsuwać jej plastikową torebkę w dłoń.
- Powiedziałam, że nie chcę. I nie zapłacę Ci - powiedziała, już zirytowana zachowaniem natręta. Nienawidziła, kiedy ktoś był tak uparty. Zerknęła w stronę otwartych na oścież drzwi wyłapując wzrok Sashy, który stał i obserwował całe to wydarzenie, z pewnością zastanawiając się, co za armagedon musiał przejść przez pokój Anayi, że kilka osób leży nieprzytomnych na podłodze.
Zerknęła tylko na przyjaciela zbolałym wzrokiem, ale jedynie na chwilę, bo musiała kolejny raz odeprzeć atak nachalnego dilera.
Anaya
Jack przewrócił oczami na ich słowne potyczki.
OdpowiedzUsuń- Zamknijcie się. Ty tam - wskazał temu bardziej rannemu drogę do szkolnego lekarza. No chyba chciał mieć jeszcze prawdziwego ząbka, a nie implant, hm? Ile na to mieli? Trzy godziny tylko? Lepiej niech się pospieszy. - Ty ze mną - ruchem głowy kazał Sashy iść za nm. Im szybciej to załatwią, tym lepiej. Szybciej będzie się mógł wyżywać. No dobra, dać karę niesubordynacji. Na boisku tak nie można, do cholery. Myślał, że przerabiali to na pierwszym treningu w tym roku. Jack zawsze wygłasza taką przemowę dla nowych. Żeby wiedzieli, że nawet jeśli zawodnik innej drużyny ich zdenerwuje, to nie mają prawa się na niego rzucać. Chyba, że chcą zostać ściągnięci z boiska. Musieli się nawzajem szanować. W sporcie o to chodziło, nie? Oprócz całej rywalizacji trzeba szanować konkurentów. A tym bardziej swoich.
Wkrótce wychodzili z gabinetu. Sasha dostał kozę, zadzwonili do jego rodziców, a Jack dostał błogosławieństwo na specjalny trening tylko dla niego.
- Chcesz iść do kolegi do pielęgniarki, żeby opatrzyła ci to? - ruchem głowy wskazał na jego brew.
Jack
[Grzecznie się witam i życzę udanego wątkowania :3
OdpowiedzUsuńW końcu kolega z drużyny koszykarskiej! huehuehue :D Liczyłabym na wąteczek, więc jeśli masz ochotę zapraszam do Rox ;)]
R.R.T.
[No czeeeeść Shout ;> Witam się miło, życzę dobrej zabawy, ciekawych wątków i skromnie zaproszę do mnie, jeśli chęci się znajdą ^^]
OdpowiedzUsuńDanielle Gingers
Jack pożegnał się więc na chwilę ze swoim zawodnikiem. Sam wrócił na boisko i postanowił czekać na niego. Korzystając z chwili ciszy, zjadł sobie kanapkę, napił się kawy i pozbierał piłki do kosza, bo nikt nie wpadł na to, żeby pomóc trenerowi. I w cholerę z dobrymi układami...
OdpowiedzUsuńSpojrzał na zegarek. Ileż można opatrywać jedną brew?
Dobra. Jeżeli chłopak chce się z tego wymigać, to jego niedoczekanie. A może to on po prostu jest niecierpliwy. Na szczęście jego kotu zachciało się do niego przyjść i się trochę połasić. Jakaś chwila rozrywki. Tyle wygrać, łuhu.
Jack
[Dzień dobry, dzień dobry. Lubię ten minimalizm, mordeczka też całkiem przyjemna. Jakieś pomysły?]
OdpowiedzUsuńGabriel
[Więc jak zwykle jestem na tak :D Niestety dzisiaj moja gorączka dosłownie uniemożliwia mi zaczynanie i jestem w stanie tylko ciągnąć wątki ;-; Jakbym mogła prosić o zaczęcie to ruszylibyśmy dzisiaj, jeśli nie - poczekam do jutra :D]
OdpowiedzUsuńR.R.T.
[Znam to z autopsji. Na szczęście już wiem, jakie postacie zwykle mi wychodzą, więc mogę się wokół tego zakręcić, tak by nie musieć wprowadzać poprawek do karty.
OdpowiedzUsuńMoże zobaczyć pijanego Sashę na mieście... Ale jeśli nic ich wcześniej nie będzie łączyć (w sensie: czysta relacja uczeń-nauczyciel, żadnych rozmów, że o czymś większym nie wspomnę), to Abramowivch musiałby być żałośnie urżnięty w trupa, żeby Black się nad nim zlitował i zaproponował mu pomoc w dostaniu się do akademika. No chyba, że nie będzie kompletnie zalany i nawiąże się jakaś gadka-szmatka.]
Gabriel
[Cześć!
OdpowiedzUsuńZapraszam do wąteczku, jak jest pomysł.]
Jillian Chamberlain
[Ja też na jakiś czas zniknęłam (ach, tam matura), ale kanon mi się nie zmienił.
OdpowiedzUsuńA który konkretnie: odwiezienie do domu czy gadka-szmatka? No chyba, że Sasha to umiejętnie połączy; taka opcja też istnieje.
A tak generalnie; zaczniesz, prawda?]
Gabriel
[Hm, ja tam w myśleniu jestem kiepska. Mogę tylko zaproponować, że by się kumplowali, a Sasha próbowałby przekonać Jill do sportów. Ona w sumie podeszłaby do tego z entuzjazmem, ale ogólnie to z niej trochę niezdara, więc... Wiem, kiepskie, ale pomyślę jeszcze!]
OdpowiedzUsuńJill
Właściwie nie przeszkadzało jej, że Sasha uważa się za jej brata. W innym przypadku z pewnością zirytowałoby ją takie spoufalanie się z jej wspaniałą osobą, ale Abramovich przypadł jej do gustu już na początku pierwszego roku, gdy zaczynała naukę w tej prestiżowej szkole. Gdyby tylko ktoś wiedział, jak wygląda zaplecze tego miejsca, pełne zalanych w trupa, zaćpanych i pieprzących się po kątach uczniów, na pewno większość rodziców szybko zabrałaby stąd swoje dzieci. No, ale nikt nie wiedział. Nikt nic nie podejrzewał. Wystarczyło, że garstka osób pracowała na wysoką średnią szkoły i już uważano ją za jedną z najlepszych placówek dydaktycznych w kraju.
OdpowiedzUsuńAnaya miała swoje za uszami. Czasem przesadzała z alkoholem, popalała okazyjnie papierosy i trawkę, ale nigdy nie wzięłaby jakiegoś gówna po którym trzeba by ją zbierać z podłogi.
W przeciwieństwie do Sashy bawił ją taki widok, tych odważnych, którzy albo nie umieli odmówić, albo byli już zbyt uzależnieni, żeby mieć wybór. Problem zaczynał się, gdy ktoś chciał na siłę zmusić ją do spróbowania jakiegoś podejrzanego specyfiku.
Wykorzystała fakt, że jej oprawca chwilowo był zbyt zajęty dogryzaniem Sashy, żeby szybko go wyminąć i znaleźć się obok blondyna. Może i była pyskata, złośliwa i umiała komuś dopiec, ale w starciu z nachalnym facetem nie miała zbyt dużych szans.
- Sasha daj spokój. Chodź. - poprosiła niepewnie, lekko ciągnąc go za rękaw bluzy. Normalnie był bardzo miły i trzeźwo myślący, ale Anaya wiedziała, że może być problem z namówieniem Sashy do taktycznego odwrotu, gdy już ktoś go wkurzył. A gość nie dość, że najpierw był nachalny wobec dziewczyny, to teraz jeszcze miał czelność pyskować. - nie jest wart Twojej uwagi.
Anaya
Oczywiście, że go zauważył. Znał te salę jak własną kieszeń, jak nie lepiej. Już nawet wiedział, gdzie jego kot się najczęściej chowa, kiedy przyłazi tu na spacer.
OdpowiedzUsuń- Widzę cię, Abramovich - westchnął. - Na początek zacznij biegać dookoła sali. Potem się coś wymyśli. Jakieś rzucanie do kosza do momentu omdlenia rąk? Albo samobójki? Albo jeszcze coś innego, ciekawszego? Mieli przed sobą trzy godziny, na pewno coś wymyślą. Zapowiadało się nieźle; Jack siedzący z kotem na kolanach i dzieciak, który się męczy. Cudownie. Dla takich chwil warto żyć.
Jack
[Ja tam uważam, że matura jest przereklamowana. Nie uczyłam się w ogóle, a dostałam się tam, gdzie chciałam. Ale cieszę się, że mam to już za sobą.]
OdpowiedzUsuńGdyby wiedział, że tej nocy przyjdzie mu niańczyć napranego dziewiętnastolatka, odłożyłby w cholerę dopasowane jeansy, koszulkę z logo Guns 'N Roses i oldschoolowy kapelusz i zostałby w domu z Dumą i uprzedzeniem. To był ostatni dzień wakacji i trzeba go było odpowiednio wykorzystać. Cholera, miał się bawić, szaleń, pić na umór! A tymczasem ni zdążył gdziekolwiek wejść, na jego drodze stanął jeden z tych niedorostków, których imiona wciąż mu się plątały. Miał go zamiar wyminąć, udać, że nie kojarzy, że nie, on nie miejscowy... No ale jak miał nie zareagować, kiedy dzieciak sam prosił się o wypadek? Szedł całą szerokością chodnika i jak nie obijał się o ściany, to niemal spadał z krawężnika.
Zatrzymał się, oglądając za nim. Potem westchnął, zaklął i ostatecznie pożegnał się ze swoim rozrywkowym życiem.
- Ja rozumiem, że to ostatni dzień laby, ale żeby aż tak nad tym ubolewać? - zapytał mrukliwie, podchodząc do niego.
Nie pytając o zgodę, chwycił go za rękę i zarzucił ją sobie na ramiona, jednocześnie obejmując go w pasie, by nie stracił równowagi. Jeszcze tego brakowało, by się teraz rozłożył jak długi na chodniku.
- Jak myślisz, odstawienie cię do akademika będzie dobrym czy bardzo dobrym pomysłem?
Gabriel
Nie był aż taki stary, żeby oślepnąć i ogłuchnąć. Może za kilkadziesiąt lat, ale nie teraz, oj nie. Sasha powinien się cieszyć, że Jack tego nie słyszał, bo inaczej miałby jeszcze bardziej przerąbane, niż ma teraz. Frost to mściwy człowiek był, lepiej mu nie podpadać. Zwłaszcza, że miał chody u dyrekcji. A nawet jeśli go wywalą... i tak dokona swojej zemsty.
OdpowiedzUsuń- Nie dyskutuj, tylko biegaj. Diablo bardzo chętnie cię ogląda.
No, z takim "człowieku, skończ, trzeba wyluzować". Szkoda, że nie znał chciwego planu swojego pana.
- Zjesz jak przebiegniesz jeszcze dwadzieścia minut. Czas śniadania/obiadu/kolacji czy za co tam sobie to weźmiesz, będzie doliczony do kary.
Frost ze spokojem głaskał swojego kota pod brodą, a ten sobie mruczał. Obaj byli zrelaksowani w przeciwieństwie do Abramovicha.
Jack
[jasne, że nie xd]
OdpowiedzUsuńNope. Trzeba biegać. Nie ma opieprzania się. Zachciało się bójek, to teraz proszę bardzo, trzeba odpokutować.
Nie odpowiedział mu oczywiście. Kiedy jednak nie słyszał już uderzeń trampek o parkiet, rozejrzał się.
- Abramovich? - spojrzał na chłopaka, a potem odrzucił kota, który oczywiście wylądował na czterech łapach, ale nie był zadowolony z takiego obrotu spraw.
Frost podszedł bliżej ucznia.
- Przestań udawać. Jak nie dzisiaj, to kiedy indziej to odbębnisz. Kara cię nie minie powiedział - kucając na przeciwko niego. Przyłożył mu dłoń do czoła. Nie no, było okej. Ale był blady. Może serio przesadził? - Dobra, spotkamy się w sobotę tutaj o dwunastej w takim razie - mruknął. - Chcesz iść do pielęgniarki?
Podniósł się i poszedł w stronę ławeczki z butelką wody. Wziął ją w rękę i mu podał.
Jack
[Chwilowo się tylko witam, bo przyznam szczerze, że nie mam żadnego pomysłu na wątek. Aczkolwiek życzę udanej zabawy i mnóstwa wątków, o! :)]
OdpowiedzUsuńMoore
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń[Dlaczego słowo "biseksik" brzmi tak krzywdząco i źle? Oto jest pytanie. A poza tym to cześć. Jeśli chęć na wątek jest to zapraszam.]Soren/Constantin
OdpowiedzUsuń[O, cześć Shout! Tu też chcę wątek z Tobą.]
OdpowiedzUsuńAurelia
Okej, to wszystko wina jedzenia. Czemu te dzieciaki nie jedzą podczas lunchów? A mówili, że tacy dorośli są. Gadanie, prychnął w myślach.
OdpowiedzUsuńDobrze, że Jack miał jeszcze dwie kanapki w swojej śniadaniówce. Niewiele, bo niewiele, ale wystarczy, żeby organizm Sashy się ogarnął. Podał mu więc plastikowe pudełeczko bez słowa. Diablo oczywiście przymaszerował do chłopaka i zaczął się ocierając o jego nogi, wołając o jedzonko.
- Diablo, ty i tak tego nie lubisz – mruknął Frost. Nie było mu ani trochę do śmiechu. A miała być taka zabawa… a wyszło naprawdę nieprzyjemnie. Gdyby ktoś z dyrekcji zobaczył, jak męczy ucznia… a, nie, nie miałby problemów. W końcu nazywa się Frost. W tym gabinecie wszyscy go lubią. Do dzisiaj nie wiedział, dlaczego.
- I jak? – zapytał po kilku chwilach.
Jack
[O, wpadł mi do głowy pomysł, że zamiast meczu może być trening - wtedy szybciej nadarzy się okazja do rozmowy :D]
OdpowiedzUsuńSport zdecydowanie nie był dziedziną, w której Adalyn była szczególnie dobra. Nigdy też nie bardzo obchodziły ją rozgrywane na szkolnym boisku mecze. Podczas gdy rzecze jej koleżanek robiły pielgrzymki na boisko, przychodząc odpowiednio wcześnie, by zająć idealne miejsca, ona wolała siedzieć w swoim pokoju i czytać książkę, później wysłuchując tylko skróconej relacji z tego, kto grał najlepiej, a kto jest kompletną łamagą i powinni natychmiast wyrzucić go z drużyny.
W zasadzie jej pierwszym kontaktem z drużyną piłkarską był pierwszy trening piłki nożnej w nowym roku szkolnym, na który zaciągnęła ją jej współlokatorka. Błagała bardzo długo i obiecała ciastko czekoladowe w zamian, więc Adalyn po prostu nie mogła się nie zgodzić. Stwierdziła, że te dwie godziny jakoś wytrzyma, bezustannie myśląc o swojej nagrodzie.
Usiadła na trybunach w sali gimnastycznej, tuż obok grupki "entuzjastek sportu", które znała z widzenia i ze słyszenia. Ponoć były dość żałosne, ale nie jej to oceniać.
W sumie nie bawiła się aż tak źle. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że było całkiem fajnie. Oczywiście stało się tak przede wszystkim dzięki jej współlokatorce, która bezustannie komentowała w przezabawny sposób wszystko i wszystkich. Adalyn może i rozważyłaby przyjście na kolejny trening, a może i nawet mecz, gdyby tylko nie zobaczyła piłki lecącej prosto w kierunku jej głowy.
Adalyn/Aidan
[Trudno powiedzieć, co Soren robiłby na takiej imprezie, bo raczej nie będzie się z grupą jednoczył. Mógłby natomiast wcześniej upić się i przyjść już pod wpływem, robiąc zamieszanie i wkurzając wszystkich dookoła.]
OdpowiedzUsuńTylko mu brakowało, żeby Sasha zaczął do niego mówić po rusku. Nic do tego języka nie miał, chciał się go nauczyć, ale oglądając serial, gdzie przez piętnaście odcinków grupa zadaniowa walczyła z rosyjską mafią, czyli paplaniny w tym języku było dosyć sporo… Nie. Po prostu nie. Starczy na razie.
OdpowiedzUsuń- Nie ma sprawy – odpowiedział. – Jak już nabierzesz sił, to idź do stołówki. Tam zawsze jest coś innego niż kanapki – dodał.
Oschły jak zawsze, może dzisiaj trochę bardziej, ale co poradzisz. Było mu głupio, że doprowadził swojego zawodnika do takiego stanu. To była jego wina, ale przepraszać nie zamierzał, mowy nie ma.
Jack
Spojrzał na niego uważnie. Nie, nie był głodny. Nie tak głodny przynajmniej. No ale trudno, dzisiaj już nic na to nie poradzi. Umówili się na jutro. Jutro go pomęczy.
OdpowiedzUsuń- Jak już nabierzesz chociaż trochę koloru, to pójdę z tobą.
Właściwie, tez zjadłby coś dobrego. Jakieś gołąbki czy coś…
- Aha, chciałbyś. Jestem tak samo leniwy, jak ten kot. Mnie kocha bardziej – zaśmiał się cicho, a Diablo nadstawiał się do drapania. – U ciebie szuka tylko pieszczot.
Jack
[Dzień dobry, dzień dobry. Na wątek rzecz jasna chęci są. Z pomysłem co prawda troszkę gorzej... Może Rosie miałaby pomóc w pilnowaniu sportowców podczas ich treningu? no i jakoś tak się stało, iż jeden z nich doznałby jakiegoś urazu i trener musiałby zaprowadzić do pielęgniarki. Reszta piłkarzy jakoś by jej się rozeszła i zostałaby sam na sam z Sashą, którzy mógłby wpaść na pomysł, aby nieco ją podszkolić w grze, a jako że sportów to ona nigdy nie lubiła i jest słaba w tym wszystkim, to już za pierwszym razem by się bidulka wywróciła i obiła rękę, i trochę głowę, a także zaczęłaby majaczyć i gadać bez sensu?]
OdpowiedzUsuńRosie Hamilton
Westchnął cicho i złapawszy go pewniej, ruszył w stronę oddalonego paręnaście metrów stąd parkingu. Szkoda mu było na taxę; wolał się wyszaleć na trzeźwo, w drodze powrotnej wykupić pół monopolowego i we własnym pokoju urżnąć się w trupa przed lustrem, przy akompaniamencie rzewnej ballady z lat osiemdziesiątych. Ach, żyć nie umierać!
OdpowiedzUsuń- Jeszcze nie zdążyłeś zauważyć, że nie jestem uprzejmy? - zapytał, a w jego niskim, przyjemnie zachrypniętym głosie zadźwięczała rozbawiona nuta. - To raczej poczucie obowiązku, a nie dobre chęci - wyjaśnił prostolinijnie.
Gdyby nie fakt, że uczył tego dzieciaka, zapewne zostawiłby go na pastwę okrutnego losu. Bo co go niby obchodzili nierozsądni, nastoletni alkoholicy?
Gabriel
W sumie ciężko powiedzieć, czy Jill była nocnym markiem, czy raczej rannym ptaszkiem. To dosyć ciężka kwestia w jej przypadku i wszystko zależało od jej humoru poprzedniego dnia. Czasem siedziała po nocach i albo wcale nie szła już spać, albo wstawała o nieprzyzwoicie późnej porze, czasem szła spać wcześnie i budziła się przed świtem w jakimś dziwnie rześkim humorze. Ogólnie kolejne z jej dziwactw, a jak tak dłużej pomyśleć, to było ich sporo.
OdpowiedzUsuńTego dnia było jakby pomiędzy, ni to wcześnie, ni to specjalnie późno. Wygramoliła się z łóżka i przebrała się w losowo wybrane ciuchy, przy okazji próbując uczesać nieokiełznany bałagan na głowie. Trochę jej zeszło, ale jakimś cudem za jakieś dziesięć minut, wliczając w to codzienną kawusię, wyszła sobie na korytarz. Nie wiedziała w sumie, jaki był tego powód, prawdopodobnie po chwili wyszłaby na dwór, coby się przewietrzyć. Albo coś.
Obok niej śmignęła jakaś znajoma twarz.
— Cześć! — rzuciła z uśmiechem. Kątem oka zerknęła na piłkę. — Gdzie idziesz? — Głupie pytanie, ale cóż. Jill zdecydowanie miała skłonności do zadawania głupich pytań.
Jill
Anaya też była w miarę trzeźwa. W miarę, bo miała trochę krwi w alkoholu, ale i tak prezentowała się nieźle na tle swoich współbiesiadników. Co prawda nieco otrzeźwił ją widok natręta, a potem jeszcze wściekłego brata.
OdpowiedzUsuńWiecznie nieobecni rodzice w świecie śmietanki towarzyskiej to standard, jakich mało. Anaya również nie mogła cieszyć się zbytnią uwagą rodziców, ale jakoś jej to nigdy nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, robiła wszystko, byleby tylko nie przebywać ze swoimi "sponsorami". Stąd ta szkoła.
Odruchowo schowała się za plecami Abramovicha, jak największy tchórz, gdy tylko ćpunek zaczął podskakiwać. W końcu jedynym atrybutem jaki miała to ta twarz, nie mogła sobie pozwolić, aby ktoś ją uszkodził...
Pisnęła cicho i odruchowo zakryła usta dłonią, kiedy Sasha powalił przeciwnika na ziemię i "zarządził" odwrót. Potulnie podreptała za nim, rzucając jeszcze zbolałe spojrzenie w stronę swojego pokoju.
- Pobrudzi mi dywan krwią... - wymamrotała markotnie.
Anaya
Jack ogarnął jako tako salę, wziął swoje rzeczy i kota na ręce. Nie chciał go zamknąć na sali na całą noc. Przeżyłby, ale wolał jednak tego nie robić. Dopiero na korytarzu go wypuścił, a Diablo poszedł w swoja stronę.
OdpowiedzUsuń- Zapamiętam – uśmiechnął się leciutko, prawie niewidocznie.
Kiedy Sasha ogarnął się w szatni, poszli na stołówkę. Szwedzki stół jak zwykle był pełen. Jack wziął talerz i zaczął chodzić w poszukiwaniu czegoś, na co miałby ochotę. Kurczak do niego przemawiał. Do tego warzywa na patelnię… Hm, tak.
- Tylko coś zdrowego – powiedział do swojego zawodnika. Musieli się dobrze odżywiać.
Jack
Jack zignorował jego uwagę o uśmiechu. Pf. Rzadko to robi. Bardzo rzadko. Niech się Abramovich nie martwi.
OdpowiedzUsuńUsiedli przy stole. Jak widać Sasha nie miał problemu z tym, aby usiąść ze swoim trenerem. Chociaż... no właśnie, trenerem. Nie mieli ze sobą żadnych zajęć takich-takich, jak na przykład aktorstwo czy prawoznawstwo, które wbijał młodzieży do głów. Trenera szanowali. Chyba.
Chcąc nie chcąc, Frost słyszał to, co mówił chłopak. Kolejni, pomyślał, zajmując się jednak swoim jedzeniem. Chyba zadzwoni do swoich rodziców i im podziękuje, że nigdy się nie rozwiedli i ma nadzieję, że tego nigdy nie zrobią.
Sprowadził na niego wzrok.
- W porządku, jak chcesz - wzruszył ramionami. I zamilkł. Co miał mu powiedzieć? Że mu przykro? Było tak, owszem. Ale to wydawało się zbyt banalne. Nawet jak na niego.
Jack
[Kurcze, tak myślę i myślę i nie wiem kompletnie.
OdpowiedzUsuńOn taki sportowiec, ona kompletnie nie, chuchro totalne. Może poznaliby się... na siłowni, kiedy to Aurelia kompletnie nie dawałaby sobie rady z... teraz nie wiem jak to nazwać- chodzi mi o to żeby lżej coś działało xd
Ewentualnie mógłby mieć na treningu jakąś kontuzję, a wielka medyczka mogłaby mu pomóc. Albo jedno można połączyć z drugim. Nic sensowniejszego chyba.]
Aurelia
Jack dokończył jedzenie i zaczął mu się przyglądać. Może i nie wiedział, jak to jest, kiedy przyklejają ci łatkę i patrzą na ciebie przez jakiś tam pryzmat czegoś, co dokonano w twojej rodzinie, ale naprawdę mu współczuł. Niby wszystko ładnie, pięknie mają w domach, bo mają pieniądze, ale okazuje się, że wcale tak miło nie jest. To było smutne.
OdpowiedzUsuń- Przykro mi, Sasha – powiedział, wzdychając cicho. – Może jak już sam założysz rodzinę, to u ciebie będzie lepiej? No wiesz, nie popełnisz błędów rodziców i tak dalej, będziesz żył, jak chcesz, w końcu to twoje życie i masz je tylko jedno. Nie możesz go zmarnować – puścił mu oczko. – Może będzie nas początku trudno, ale… nie powiesz mi, że nie warto co? Jeśli chcesz, możemy wrócić na salę, to się wyżyjesz.
Jack
Dzień jak co dzień. Wstajesz, jesz śniadanie, cieszysz się słońcem, włóczysz się po korytarzu z myślą, że dziś zrobisz coś produktywnego i koniec końców, i tak lądujesz na boisku do kosza. Ciężkie jest życie sportowca.
OdpowiedzUsuńRoxanne związała włosy i wyszła na dwór ubrana w luźne dresy i prostą, obcisłą bokserkę. Nie brała swojej ukochanej piłki z autografem spoczywającej na honorowym miejscu pod jej łóżkiem, żeby nikt jej nie dotykał. Nie lubiła nią grać. Lubiła na nią patrzeć. Trenowała nią przed zawodami, jakby ta mogła przynieść jej szczęście. Szczerze powiedziawszy Rox uważała, że sporą część sukcesu zawdzięcza właśnie temu przedmiotowi.
Już z daleka usłyszała dźwięk kroków, pisk butów i huk rzutów. Świetnie. Nie będzie musiała ćwiczyć sama. A kiedy w oczy rzuciła jej się jasna czupryna, nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu. Niemalże popędziła w stronę chłopaka i wytrącając mu piłkę z rąk rzuciła mu się na szyję. Kobieto, nie widzieliście się tylko dwa miesiące, uspokój się. Zaśmiała się i wypuściła biednego, oszołomionego Sashę z objęć. Nie pamiętała od kiedy kolegowała się z Abramovichem. Wiedziała jednak, że jeśli chciała dać sobie wycisk na boisku, to powinna zawsze udać się do niego. Był dla niej jak starszy brat, z którego mogła się do woli nabijać. I z wzajemnością.
Ruszyła po piłkę, podniosła ją z ziemi i rzuciła w jego stronę. Uśmiechnęła się ponownie, krzyżując ręce na piersiach i mierząc go wzrokiem.
- To jak, młody , gramy?
R.R.T.
Obaj skierowali się na salę. Przynajmniej nie było nudno i sobie z kimś pogadał.
OdpowiedzUsuń- Uczę - potwierdził. - I co w tym dziwnego?
Czymś zajmować musiał pomiędzy piciem i tuszowaniem wyrzutów sumienia, a o dziwo nauka była nawet pomocna. Dzisiaj przynajmniej może się pochwalić dyplomami oraz nauczać. I było fajnie tak podręczyć, pomęczyć, a potem patrzeć, jak jego podopieczni zdobywają sukces (nie tylko za sprawą rodzinnych pieniążków). No, miło się na serduszku wtedy robiło.
Jack otworzył kosz z piłkami i jedną rzucił Sashy.
- To może dwutakt z lewej strony, co byś się nie zanudził - zaproponował, sam biorąc drugą piłkę i zaczynając nią kozłować.
Jack
Hm, Jack miał ze wszystkimi problem. Tylko nie z tymi, co go nie denerwowali i dobrze im szło i nie musiał im co chwilę zwracać uwagi. Widocznie jego brat był właśnie jednym z tych. Nie zapamiętywał ich, tylko niektórych.
OdpowiedzUsuń- Najwidoczniej – kiwnął głową. Rzucił do kosza. No, idealnie. – A ty na czym jesteś? – zapytał, no bo nie wiedział. A jak wiedział, to już nie pamiętał, ze wiedział. To był Jack, z nim bywało ciężko, ciężej niż z niektórymi uczniami. Dziwne, ale prawdziwe. – Ruszaj się, w końcu sam chciałeś tu dzisiaj jeszcze przyjść – mruknął w jego stronę, zbierając piłkę spod kosza.
Jack
- Naprawdę chcesz spróbować pojedynkować się ze mną? - Jack wydawał się być rozbawiony. - Ciesz się, że nikogo nie ma na sali i nikt się nie dowie o twojej porażce - uśmiechnął się kącikiem ust.
OdpowiedzUsuńMoże i jego żywiołem był sport, ale to akurat pan szanowny trener był mistrzem koszykówki.
[nope, nie przepadam za opisywaniem meczów...]
Jack
[no i spoko xd]
OdpowiedzUsuńJack był zmęczony. Zrobili sobie porządny meczyk. Miło czasami było tak się wybiegać. Człowiek od razu się lepiej czuł.
- Brawo. Myślisz o zawodowej koszykówce, czy bardziej noga? - zapytał, siadając na boisku i opierając łokcie o zgięte kolana.
Jack
- Kapitana wy wybieracie, ja tylko mogę jedynie kiwnąć głową - wzruszył ramionami. - Ty kapitanem w kopanej? Mam nadzieję, że poprowadzisz ich do zwycięstwa, co by się wasz trener się ucieszył... W końcu będzie mógł się pochwalić przede mną nagrodą - uśmiechnął się wrednie. Miał na pieńku z trenerem piłki nożnej. Głównie dlatego, że Frost zdobywał co roku zwycięstwo. Poza tym facet uważał, że koszykówka to nie sport.
OdpowiedzUsuńJack
I tak na siebie narzekali. Przynajmniej nudno nie było ani sztucznie miło. Idealnie dla Jacka.
OdpowiedzUsuń- Uparty? To już połowa sukcesu, Sasha - oho, powiedział do niego po imieniu. Najs. - I skoro ci tak dobrze idzie, to brnij dalej. Nie marnuj się i tak dalej, te wszystkie pierdoły, które mówią inni nauczyciele, wiesz, o co chodzi - machnął ręką.
Jack
- Wszyscy inni oprócz mnie. Mnie masz słuchać, zrozumiano? - powiedział chłodno Frost. No tak. - Jeśli ktoś się będzie czepiał, że nie idziesz ścieżką, którą "musisz" iść, olej ich i idź dalej swoją drogą - wzruszył ramionami. Niby takie proste, a większość dzieciaków ucząca się tutaj, potrzebować tej rady. Ba, dostosować się do niej.
OdpowiedzUsuńPrzewrócił oczami, kiedy chłopak upadł.
- Ale koordynacji - zaczął, łapiąc go za kark, opierając kciuk o jego podbródek i unosząc nieco jego głowę, by mógł na niego spojrzeń - to trzeba cię nauczyć. Bo prędzej się zabijesz, niż do czegoś dojdziesz.
Jack
- Tak właśnie miało zabrzmieć - uśmiechnął się do siebie kącikiem ust. - Jasne, leć. Jutro dokończymy ten karny trening.
OdpowiedzUsuńPuścił go,a potem wstał, otrzepując spodnie. Chociaż nie musiał, bo jego sala zawsze była wypolerowana na błysk, nie to co u niego w liceum.
Poszedł po swoje rzeczy i rozejrzał się jeszcze za Diablo, czy gdzieś przypadkiem tu nie łazi.
Jack
Jack poszedł do swojego pokoju. Odłożył swoje rzeczy, wrzucił kotu jedzenia i picia i miseczek, co by miał, jak przyjdzie.
OdpowiedzUsuńPoszedł pod prysznic w swojej łazience i się ogarnął. Zaraz potem wyszedł z pokoju i ruszył do wyjścia ze szkoły. Alkohol mu się kończył i fajki do niego. Trzeba było uzupełnić zapasy. Nie, Jack się wcale nie dziwił, że się go kasa nie trzymała i nigdy jej nie miał...
- Diablo - zawołał kota, widząc zwierzaka w ramionach Sashy. - Kocurze.
Diablo wyswobodził się z objęć ucznia i zeskoczył. Otarł się o nogi Frosta i polazł dalej.
- Koty - przewrócił oczami.
Jack
Jack spojrzał na niego podejrzliwie.
OdpowiedzUsuń- Czy ty, młody człowieku - podkreślił te słowa - proponujesz alkohol swojemu nauczycielowi? - zapytał ze spokojem. - Zdajesz sobie sprawę, że jakby ktoś z dyrekcji to usłyszał, to miałbyś przerąbane, lekko mówiąc? Dzwoniliby do twoich rodziców i tak dalej... Wyglądasz jak mokry kot - zauważył nagle, tak po prostu, nie wiadomo skąd.
Jack
Jack uśmiechnął się do siebie.
OdpowiedzUsuń- Nie byłbyś pierwszym uczniem, z którym bym się napił - odpowiedział, nadal się uśmiechając. Boże, był tak bardzo złym pedagogiem... Ale jak widać, nie tylko on. Nie ma źle. - W porządku. Wpadnij do mojego pokoju o dwudziestej - powiedział jeszcze, a potem wyminął go i poszedł w stronę wyjścia. - Dziewiątka - rzucił jeszcze, nim zniknął za drzwiami.
Jack ogarnął trochę w swojej samotni, ogarnął też siebie i sprawdził, czy Diablo już wrócił. Na szczęście siedział na szczycie najwyższej szafy i spoglądał na swojego właściciela.
Jack
- Nikt ci nie mówił, że cierpliwość jest cnotą bogów?
OdpowiedzUsuńPowiedział, niecierpliwy nauczyciel. Hm, cóż. On mógł się czepiać. To jego nie wolno się było czepiać. Tyle w temacie.
Jack już nawet nie zastanawiał się nad głupot.a i sensem tego wszystkiego, bo to było w cholerę głupie i totalnie bezsensu. Nie mówiąc już o rozsądku.
- Siadaj - polecił mu, zamykając drzwi. Na stole stała butelka whisky i niskie szklanki, przeznaczone właśnie do tego alkoholu.
Jack
- No dobra, hit me with your best shot - zaproponował. To będzie ciekawe doświadczenie i zapewnie krótkie. Kiedyś pił polską wódkę i nawet jakoś mu to szło. Ale weź pij wódę z Rosjaninem! W dodatku taka, która ma aż tyle procent? O matko kochana, tak bardzo się skończy dzisiejszego wieczoru...
OdpowiedzUsuńJack
[A jak z zaczęciem?]
OdpowiedzUsuńAurelia
Jak miała się nie martwić, jak Sasha nokautował kogoś bez mrugnięcia okiem? Mogli mu coś za to zrobić, dać szlaban na wychodzenie, zawiesić, albo nawet gorzej. Wszystko zależało jedynie od tego, kogo tak naprawdę uderzył. Bo wbrew pozorom hierarchia w St. Katherines była bardzo mocno określona. Im masz więcej pieniędzy i większe wpływy, tym na więcej ci pozwolą. Na przykład, gdyby któryś ze stypendystów uderzył syna ambasadora Japonii, to wyleciałby ze szkoły szybciej, niż ktokolwiek byłby w stanie to zauważyć. Smutna prawda. Czasem nawet sama Anaya bała się o swój los, bo ostatecznie były tu osoby majętniejsze od niej.
OdpowiedzUsuń- Pewnie się obudzi i nie będzie wiedział czemu go coś boli. - zauważyła z krzywym uśmiechem, bo nie rozumiała nigdy po co ludzie tak chętnie sięgali po narkotyki. Niszczy umysł, niszczy ciało. Osobiście, nigdy nie pozwoliłaby sobie na coś takiego.- Nigdy nie zwróciłam na to uwagi, ale jak komuś grozisz to całkiem groźnie brzmisz. Wiesz, przez ten rosyjski akcent. - zauważyła z niemałym zdziwieniem i swoistym podziwem. Bo niby skąd miała to wiedzieć, skoro na nią Abramovich nigdy się nie wściekał, ani nie krzyczał?
- Tak czy inaczej będę musiała zamówić nowy dywan. I być może wezwać malarzy. W zależności od tego, kogo tam jeszcze przywieje. - stwierdziła z cichym westchnieniem, bo szczerze powiedziawszy nie uśmiechało jej się wracanie do własnego pokoju, przynajmniej na tę noc.
- Mogę dziś spać u ciebie? Będzie mi się brzydziło wejść tam, jak już cała ta zaćpana zgraja się wyniesie. Pewnie będziemy z Sonią wietrzyć pokój przez miesiąc...
Anaya
[Dla Twojego dobra - odmówię. Niestety nie umiem pisać męsko-męskich.]
OdpowiedzUsuńBoyd
Nie zdążyła zareagować. Zawsze miała jakiś taki raczej słaby refleks. Skrzywiła się, kiedy piłka z impetem uderzyła ją w bok głowy. Początkowo nie czuła bólu, była jedynie trochę oszołomiona, jednak nie musiała długo czekać na jego nadejście. Miała wrażenie, że jej głowa zaraz wybuchnie pod wpływem pulsującego bólu. Wiedziała. Od początku wiedziała, że cały ten pomysł z treningiem i brataniem się ze sportem był poroniony.
OdpowiedzUsuńByła na tyle oszołomiona, że nie potrafiła złapać kontaktu z tymi wszystkimi ludźmi, którzy się wokół niej kłębili, jakby co najmniej ją postrzelono, a nie jedynie rzucono w nią przypadkiem piłką. Odpowiadała tylko mechanicznie na stawiane jej pytania, po sekundzie zapominając nawet, czego dotyczyły.
Adalyn/Aidan
W sumie zapomniała, że faceci mieli jedną, uniwersalną metodę, którą stosowali, kiedy coś im nie odpowiadało. Trochę to brutalne, ale Anaya nie narzekała na taki, a nie inny obrót sprawy, przynajmniej do momentu, w którym ktoś nie chciałby podnieść ręki na nią. To mogłoby okazać się nieprzyjemne. Dla tego gościa rzecz jasna.
OdpowiedzUsuń- Jesteś zbyt pewny siebie. - skwitowała jego słowa z rezygnacją, bo o tym, że nie przemówi Sashy do rozumu wiedziała nawet bez podejmowania walki.
O Rosjanach zdania nie miała, więc nie postrzegała tego w taki sposób jak blondyn. Po prostu rosyjski zawsze wydawał jej się dość szorstkim językiem, przez co sam Abramovich brzmiał z lekka strasznie.
- No chyba Ty na tym materacu będziesz spać - zauważyła z lekkim rozbawieniem, w ogóle nie przyjmując do wiadomości, że Sasha może jej kazać spędzić noc na podłodze. To było zwyczajnie nieludzkie.
Anaya
[A, dobry wieczór ;)
OdpowiedzUsuńSą z tego samego rocznika, więc teoretycznie nie powinno być problemów z jakimś powiązaniem, ale szczerze powiedziawszy mam dzisiaj pustkę i sieczkę w głowie. Jeśli na coś wpadniesz, to podeślij, jeśli nie - ja jutro wieczorem się za to na poważnie wezmę ;]
I dziękuję za przywitanie, ciekawa postać.]
Liam
[Przybiegłam pod kartę i już mordka mi się cieszy, bo wizerunkiem dla młodszego brata ma być Mario. Gdyby to było możliwe, dalsze informacje chciałabym na maila. selfishchemicalkid@gmail.com]
OdpowiedzUsuńJack już się bał tej mikstury. Co, jeśli się napije i już nie wstanie? Może ten dzieciak chciał go otruć? No wiesz jak nie wiesz? W dzisiejszych czasach nikomu nie można ufać, a już na pewno nie dzieciakom, w których buzują hormony i ronią bardzo dziwne rzeczy. Zgodne czy niezgodne z prawem… Bał się.
OdpowiedzUsuńAle właściwie, to co mu szkodzi spróbować tak właściwie. Najwyżej umrze. I będzie miał spokój. Nie będzie się budził z koszmarów, skończą się wyrzuty sumienia i poczucie straty, pustki…
Napił się i od razu się skrzywił, dość mocno. Jasna cholera, co to było?
- O kurde – zaczął, krztusząc się. – Naprawdę mocne. I tobie to rodzice dali? – spojrzał na niego, a potem machnął ręką. – Nieważne, nigdy nie zrozumiem Rosjan.
Jack
- Łoh, no dało mi po przełyku. Brrr. Ale ostatecznie dobre. Widzę ładnie cię dziadek karmi - uśmiechnął się lekko, a potem wziął jeszcze jednego łyka, trochę mniejszego, ale i tak go wykrzywiło. - Tradycja - podsumował, wzdrygając się lekko. No nie zamierzał udawać, że nie robi to na nim wrażenia. Bo robiło. Dobre było. Coś czuł, że jutro nie wstanie z łózka.
OdpowiedzUsuńJack
[ Może ochota na wątek z Lisą? :) ]
OdpowiedzUsuńLisa Lennon
[ Wolę zaczynać, niż wymyślać, więc pomysł kiepski. xD Może Lisa znalazłaby się na sali gimnastycznej, gdzie strzelałby Sasha, a na weszłaby na linię strzału? I dostałaby w jakąś-tam część ciała? xD ]
OdpowiedzUsuńLisa
[ No to od razu lepiej. xD Tylko prośba - zaczniesz? :) ]
OdpowiedzUsuń- No wiadomo. Jakbyśmy samym alkoholem żyli, to byśmy byli alkoholikami.
OdpowiedzUsuńSpojrzał na kota, który przeciągnął się, a potem położył i spał dalej. No, koty to jednak miały łatwe życia. Spały i jadły i koniec.
- No widzisz? Oszczędzasz na alkoholu, a to dla przyszłych studentów jest bardzo ważne - pokiwał głową.
Jack
- No dziwisz się? Sam zachwalasz tę swoją wódkę, to raz, dwa tak już niestety jest, a Internet nie pomaga. Po trzecie nawet w polskich serialach występuje rosyjska mafia. Wiem, oglądałem, czasami Polacy nakręcą coś fajnego - powiedział ze spokojem. - A oni po prostu nie znają prawdziwej wódki... Ja też nie jak widać. Piję z Ruskiem i jutro już nie wstanę. Dzięki, Sasha. Masz za to dodatkowy trening.
OdpowiedzUsuńJack
Aha, wszedł na niebezpieczny temat. Kobieta idealna.
OdpowiedzUsuń- Ja poznałem. Była idealna. Mądra, piękna, bystra, entuzjastyczna. Uśmiechała się przez cały czas - uśmiechnął się na wspomnienie. - Kochałem ją. Mocno ją kochałem. Była moją kotwicą, sprawiała, że uspokajałem się od razu. Nie miałem przy niej złych snów. Kochała mnie takiego, jakim byłem - zamilkł na razie i napił sie. Już się nie wykrzywił. - Myślisz, że to ta jedyna? - zapytał po chwili.
Jack
Jack spojrzał na niego jak na idiotę. Łot? Co ten dzieciak wygadywał? Już się upił? Och, znowu będzie musiał powstrzymywać dzieciaka przed zrobieniem głupoty. Pieprzona odpowiedzialność.
OdpowiedzUsuńZłapał go za ramię i przytrzymał, żeby nie wstawał.
- Siedź, idioto - mruknął. - Ile ty masz lat? Siedemnaście? Chcesz się oświadczać? Zwariowałeś? Wyśmiałaby cię z miejsca. Teraz co najwyżej możesz się starać, żeby pragnęła tylko ciebie i tylko z tobą chciała być. Oświadczać to ty się możesz za kilka lat. Poza tym, kto wie, może się okaże, że ona wcale nie jest taka idealna, hm?
Jack
Rosyjski. Matko kochana. Lubił ten język, serio. Ale bez przesady. Nasłuchał się już w serialach.
OdpowiedzUsuń- Jasne, jasne, ślub, tak. Tylko uważaj, żeby ktoś inny ci jej nie wziął. Różnie to bywa w życiu - westchnął.
Jack