rysy mojej twarzy
Dwa palce wsadzam w usta
i przydaję twarzy uśmiechu
i przydaję twarzy uśmiechu
Jest to uśmiech rozdzierający
przetłuszczoną skórę
Jest to uśmiech od ucha do ucha
wypełniony zwojami języka
Constantin Fritze, 39
pół Niemiec, pół Irlandczyk
historia sztuki,
improwizacje ruchowe, szermierka
Proszę pana, pan ma dzisiaj podbite serce. Pan się nie próbuje leczyć
przypadkiem, bo panu powiedzą żeś pan jest nie z tego świata. Okrzykną pana
zjawą, nosem krwawiącym, szramą na przedramieniu. Kimże pan jest, panie Fritze?
Widziałem w życiu wiele, moje własne cierpienie, ale to nic, w porównaniu z
pana gładką skórą, z pana długimi palcami i słowami zawieszonymi w powietrzu.
Niech mi pan powie: skąd się bierze zawiesina w kształcie pańskich słów pomiędzy
dłońmi, jak chmura ciężka od myśli nieuczesanych, niespisanych jeszcze? Czy pan
się boi mieć do czynienia z rasą ludzką, wielkomiejskim szumem, gwardią
kretynów z darmowym połączeniem internetowym? Jak tak na pana patrzę, to mi się
wydaje, że w panu nie ma spokoju, nawet odrobiny, że gdzieś uciekł, może pod
lodówkę, może między kręgi. W oczach pańskich, jak w całej galaktyce, doszukuję
się pędzących pociągów, ale tam jest jedynie pustostan, pustynia, stara fabryka
śrubek. Pan jest przepalony, jak każda żarówka po dolarze w sklepie na rogu,
gdzie sprzedają wszystko (doszukałbym się tam pewnie i pańskich paliczków w
promocji dwa za jeden). Skupiłem się wczoraj na głosach ludzkich i zbudziły one
we mnie wątpliwość czy aby na pewno cierpliwość pana jest rzeczywista. Jakże
jednak mogę ocenić, skoro pan tak niewiele mówi, a kiedy już uda mi się pana do
tego nakłonić, słowa są tak piękne, że sposób ich wymowy to jedynie dodatek,
jak ilość masła w margarynie. Pan mi jest bliższy niż matka, bo ta pępowina, co
nas łączy, wciąż nie została rozcięta. Bronię jej zaciekle, nawet jeśli pan z taką
zaciekłością podsuwa się pod skalpel. Ja wiem, co panu dolega. Tu chodzi o
samotność, proszę pana. Przewija się w panu chęć nieistnienia, co więcej,
chciałby pan wyparować niezauważenie, nie pociągając za sobą na sznurku połowy
świata. Dzielimy to samo powietrze, deptamy tą samą trawę, walczymy o tę samą
wolność, a jednak pan w tym wszystkim jest po prostu bardziej. I słów mi
braknie, kiedy się tak w panu gotuje idealność, kiedy perfekcja zasłania panu
oczy. Nie mylę się, sądząc że pan jest zakochany po uszy w brzydocie jako
formie artystycznej. I nie sądzę, by pan chciał mieszkać w pięknie, skoro
pańska zdolność do tworzenia go własnym umysłem znacznie przewyższa
współczesnych architektów. Niech się pan nie martwi, jeszcze wynajdą materiał,
z którego będzie pan mógł tworzyć wieszaki na płaszcze z pańskiej ciężkiej
duszy. Mam sucho w gardle, bo pan jest odwrócony do mnie plecami, mówiący o
właściwościach punty. Skupić się nie mogę, bo mógłby pan opowiadać nawet o
marynowaniu śliwki, a i tak wpadałbym w zachwyt zakrawający o przestępstwo.
Zapytam pana już tylko raz, co się w panu szamoce przy traceniu ósmego z
dziewięciu żyć?
Zalinkowany ostatni wers wiersza.